Sajgon od samego początku 🙈
Do Sajgonu, czyli właściwie Ho Chi Minh dotarłyśmy pociągiem z Da Nang, którym jechałyśmy raptem trochę ponad 20h. Prawie nabawiłyśmy się odleżyn, każda z nas oberwała też co najmniej raz czymś spadającym z góry od przemiłych dzieci, które dzieliły z nami przedział. Sajgon rozpoczął się jeszcze w Da Nang, gdzie trafiłyśmy na mega zatłoczony dworzec, na którym zamknięte były wszystkie drzwi na perony. Okazało się, że otwierają dopiero gdy nadjedzie pociąg. Bezpieczeństwo?
Spacer po centrum
Pierwszego dnia, a w zasadzie drugiego tuż po tym jak się obudziłyśmy po długiej podróży poszłyśmy zwiedzać najbliższą okolicę, czyli centrum. Na celowniku była Katedra Notre Dame (pozostałość po Francuzach), Pałac Niepodległości i ogólnie uliczki i inne duperelki. Za równo katedra jak i pałac nie zrobiły na nas dużego wrażenia. Pałac do tego stopnia był rozczarowujący, że nawet nie zrobiłam mu zdjęcia ^^
Innymi interesującymi budowlami, które spotkałyśmy na trasie były Opera, Muzeum Ho Chi Minha i sąsiadująca z nim restauracja wyglądającą jak wielki piętrowy żaglowiec.
Polski akcent, światło zielone czy czerwone
Podczas spaceru wędrując przez większe i mniejsze uliczki spotykałyśmy różne ciekawe zjawiska. Np kto by pomyślał, że w maleńkiej, ciasnej uliczce (Magda miała wątpliwości czy to ulica xD) będzie knajpa gdzie serwują przysmak zwany "polish kielbasa".
Albo kto widział kiedyś sygnalizator świetlny, na którym świeci się jednocześnie światło zielone i czerwone. I pytanie wtedy co robić. Na szczęście tutaj zbytnio do sygnalizacji nie trzeba się przywiązywać tak samo jak do przejść dla pieszych, bo w zasadzie wielkiej różnicy nie ma czy idziemy na przejściu czy nie, czy są światła czy ich nie ma, czy przechodzimy przez jednopasmówkę czy czteropasmówkę. Zamykasz oczy i idziesz i modlisz się, żeby tym razem też nikt w Ciebie nie walnął. Tak obie przeżyłyśmy i o dziwo żadnego wypadku nie widziałyśmy 😉
Śmieszne imprezownie, w których nikt nie tańczy
Po drugiej stronie ulicy od naszego hostelu znajdował się klub w którym mniej więcej od 21 do podobno 5 (wiem z opowieści, bo jakoś nie przeszkadzało mi to w zasypianiu) leciała mega głośna i dobra muzyka, taka do potańczenia, lepsza niż w większości sopockich klubów razem wziętych. Myślimy, któregoś wieczoru a wyjdziemy. No i poszłyśmy. I się zdziwiłyśmy, mimo naprawdę świetnej muzyki nikt tu nie tańczył. Były poustawiane okrągłe stoliki przy których można było usiąść i wypić piwo czy innego drinka i to wszystko.
Ukryte China Town, którego nawet Google nie ogarniał
Podczas szukania info o tutejszych atrakcjach turystycznych natknęłam się na wzmiankę o tutejszym China Town, które podobno jest największe na świecie. No to wbiłyśmy w Google i idziemy 4km. "Cel jest po lewej stronie" taaa ciekawe. Był to jakiś szpital czy inny wielki moloch. A chińskich akcentów jak nie było tak nie ma. Poszłyśmy na kawę gdzie Magda znalazła info o tutejszym Markecie. Okazało się że Hala marketu jest w remoncie i wszystkie stragany przeniosły się na ulice tworząc wielki bałagan i ciasnotę. Chińszczyzny nadal brak, zaczęłyśmy wracać i wtedy zaczęły nam się nieśmiało ukazywać piękne budowle otoczone tutejszymi budynkami. Taki tam kolejny zawodzik ^^
To by było na tyle z Sajgonu, ba nawet z Wietnamu! Był to nasz ostatni punkt w tym kraju, teraz czeka nas długa autobusowa podróż do Kambodży.
Czy będzie mi brakowało tego kraju? Czy będę chciała wrócić? Hmmm do Ha Noi czy Hoi An z pewnością. Do reszty może niekoniecznie, ale ciągną mnie tutejsze dżungle i jaskinie, których tym razem nie udało nam się zobaczyć.
Do zo w Kambodży! :) (w zasadzie już tu jesteśmy i z naszego pięknego balkonu piszę tego posta, ale co tam xD)
Tak w sekrecie Wam powiem, że pierwsze wrażenie z Kambodży to wielkie wooooooow. Naprawdę pięknie tu jest i jeszcze bardziej malowniczo (przynajmniej takie pierwsze wrażenie 🤗)























Brak komentarzy:
Prześlij komentarz