wtorek, 25 lipca 2017

Azja 2017 - Wietnam - Sajgon, czyli wszystko do góry nogami


               
Sajgon od samego początku 🙈

Do Sajgonu, czyli właściwie Ho Chi Minh dotarłyśmy pociągiem z Da Nang, którym jechałyśmy raptem trochę ponad 20h. Prawie nabawiłyśmy się odleżyn, każda z nas oberwała też co najmniej raz czymś spadającym z góry od przemiłych dzieci, które dzieliły z nami przedział. Sajgon rozpoczął się jeszcze w Da Nang, gdzie trafiłyśmy na mega zatłoczony dworzec, na którym zamknięte były wszystkie drzwi na perony. Okazało się, że otwierają dopiero gdy nadjedzie pociąg. Bezpieczeństwo?

Spacer po centrum

Pierwszego dnia, a w zasadzie drugiego tuż po tym jak się obudziłyśmy po długiej podróży poszłyśmy zwiedzać najbliższą okolicę, czyli centrum. Na celowniku była Katedra Notre Dame (pozostałość po Francuzach), Pałac Niepodległości i ogólnie uliczki i inne duperelki. Za równo katedra jak i pałac nie zrobiły na nas dużego wrażenia. Pałac do tego stopnia był rozczarowujący, że nawet nie zrobiłam mu zdjęcia ^^



Innymi interesującymi budowlami, które spotkałyśmy na trasie były Opera, Muzeum Ho Chi Minha i sąsiadująca z nim restauracja wyglądającą jak wielki piętrowy żaglowiec.




Polski akcent, światło zielone czy czerwone

Podczas spaceru wędrując przez większe i mniejsze uliczki spotykałyśmy różne ciekawe zjawiska. Np kto by pomyślał, że w maleńkiej, ciasnej uliczce (Magda miała wątpliwości czy to ulica xD) będzie knajpa gdzie serwują przysmak zwany "polish kielbasa".


Albo kto widział kiedyś sygnalizator świetlny, na którym świeci się jednocześnie światło zielone i czerwone. I pytanie wtedy co robić. Na szczęście tutaj zbytnio do sygnalizacji nie trzeba się przywiązywać tak samo jak do przejść dla pieszych, bo w zasadzie wielkiej różnicy nie ma czy idziemy na przejściu czy nie, czy są światła czy ich nie ma, czy przechodzimy przez jednopasmówkę czy czteropasmówkę. Zamykasz oczy i idziesz i modlisz się, żeby tym razem też nikt w Ciebie nie walnął. Tak obie przeżyłyśmy i o dziwo żadnego wypadku nie widziałyśmy 😉



Śmieszne imprezownie, w których nikt nie tańczy

Po drugiej stronie ulicy od naszego hostelu znajdował się klub w którym mniej więcej od 21 do podobno 5 (wiem z opowieści, bo jakoś nie przeszkadzało mi to w zasypianiu) leciała mega głośna i dobra muzyka, taka do potańczenia, lepsza niż w większości sopockich klubów razem wziętych. Myślimy, któregoś wieczoru a wyjdziemy. No i poszłyśmy. I się zdziwiłyśmy, mimo naprawdę świetnej muzyki nikt tu nie tańczył. Były poustawiane okrągłe stoliki przy których można było usiąść i wypić piwo czy innego drinka i to wszystko.


Ukryte China Town, którego nawet Google nie ogarniał

Podczas szukania info o tutejszych atrakcjach turystycznych natknęłam się na wzmiankę o tutejszym China Town, które podobno jest największe na świecie. No to wbiłyśmy w Google i idziemy 4km. "Cel jest po lewej stronie" taaa ciekawe. Był to jakiś szpital czy inny wielki moloch. A chińskich akcentów jak nie było tak nie ma. Poszłyśmy na kawę gdzie Magda znalazła info o tutejszym Markecie. Okazało się że Hala marketu jest w remoncie i wszystkie stragany przeniosły się na ulice tworząc wielki bałagan i ciasnotę. Chińszczyzny nadal brak, zaczęłyśmy wracać i wtedy zaczęły nam się nieśmiało ukazywać piękne budowle otoczone tutejszymi budynkami. Taki tam kolejny zawodzik ^^












To by było na tyle z Sajgonu, ba nawet z Wietnamu! Był to nasz ostatni punkt w tym kraju, teraz czeka nas długa autobusowa podróż do Kambodży.

Czy będzie mi brakowało tego kraju? Czy będę chciała wrócić? Hmmm do Ha Noi czy Hoi An z pewnością. Do reszty może niekoniecznie, ale ciągną mnie tutejsze dżungle i jaskinie, których tym razem nie udało nam się zobaczyć.

Do zo w Kambodży! :) (w zasadzie już tu jesteśmy i z naszego pięknego balkonu piszę tego posta, ale co tam xD)




Tak w sekrecie Wam powiem, że pierwsze wrażenie z Kambodży to wielkie wooooooow. Naprawdę pięknie tu jest i jeszcze bardziej malowniczo (przynajmniej takie pierwsze wrażenie 🤗)

sobota, 22 lipca 2017

Azja 2017 - Wietnam - Hoi An plaża i ciekawe historie


Piękna plaża 🌴🌴🌴

Jak to na typowego wodniaka przystało jak tylko się okazało, że plaża w okolicy no to trzeba było pójść. Pogoda niestety nam nie sprzyjała - pora deszczowa dawała się we znaki i dało radę się wybrać dopiero ostatniego dnia. Super plażowego słońca nie było, ale przynajmniej nie padało. Zrobiłyśmy sobie godzinny spacerek - plaża była oddalona od nas około 4km. Była trochę inna niż ją sobie wyobrażałam, ale też było super. Były wielkie fale - z jeszcze większymi prądami wstecznymi, o których nie pomyślałam, a które skutecznie nie pozwalały mi wrócić, ale udało się. Chłodna woda okazała się miłym zbawieniem po godzinnym marszu w upale, jednak była na tyle ciepła, że długo nie dało rady w niej wysiedzieć. Sam piasek był szary i brudny, ale były na nim piękne duże muszelki, których oczywiście kilka pozbierałam ;)

Droga powrotna okazała się troszkę bardziej wymagająca, gdyż wyszło słońce 🌞🌞🌞 i szłyśmy w zasadzie po patelni, ale warto było. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś na naszej drodze pojawi się kolejna plaża 💪🤔😉

Uważajcie na krawcowe! Czyli jak zostać trudnym klientem xD

Hoi An to miejsce, które szczyci się tym, że jest tu mnóstwo świetnych krawców, którzy w ciągu jednego dnia potrafią uszyć cuda za stosunkowo niewielkie pieniądze. No bo co to jest 100$ (niecałe 400zł) za świetnie zrobiony garnitur uszyty na miarę. 

Magda od początku chciała sobie tu zrobić spódnicę i marynarkę, niby banał, okazało się trochę inaczej. Pełne nadziei poszłyśmy na pierwszą przymiarkę, okazało się że babeczka zrobiła sporo błędów, które dało się szybko wyłapać. Mimo uwag upierała się, że jest dobrze i tak przez kolejne 3 dni niby coś poprawiała ale nie poprawiała. Zdarzały się dni, że byłyśmy tam po dwa razy. W końcu nadszedł dzień odbioru, ubrania nie były idealnie zrobione, szczególnie spódnica no, ale i tak na następny dzień miałyśmy wyjazd no i Magda miała jej dosyć. W związku z licznymi poprawkami i tym, że spędzi łyśmy tam o wiele za dużo czasu Magda nie chciała zapłacić tyle ile na początku było powiedziane, no bo babeczka nie spełniła warunków. I się zaczęło. Magda chciała w takim razie wziąć tylko marynarkę za koszt zaliczki, którą wpłaciła (połowa kwoty), krawcowa powiedziała, że tak jej nie da no to odwrociłyśmy się i wyszłyśmy. Poszłyśmy na kawę do naszej ulubionej miejscówki., która była po drodze do naszego hotelu. Siedzimy i nagle co? Przyjechała, znalazła nas (wtedy się dowiedziałyśmy po co jej był nasz adres) dosiadła się do nas i zaczęła. Że przecież rzeczy są ładne, że ona się starała i nie docierało, że były źle zrobione szwy i że Magda ma zapłacić resztę sumy i że jej szefowa chce z Magdą porozmawiać i dała telefon. Okazało się, że szefowa nie wiedziała o co chodzi. Następnie babeczka stwierdziła, że to wszystko tak wyszło, bo Magda jest trudnym klientem i nie wiadomo czego oczekuje. Skończyło się na tym, że w końcu zjechała z ceny i obrażona pojechała.

Dlatego jak już się zdecydujecie na zamówienie tam to patrzcie co dostajecie i nie dajcie sobie wmówić, że po wyprasowaniu to co jest nie tak zniknie. 

Polski akcent w Hoi An

To urokliwe miasteczko wpisane jest do UNESCO, nie nastąpiłoby to jednak gdyby nie pewien Polak, który sporo czasu poświęcił na odnowienie Hoi An i odbudowanie do po wojnie. Kazimierz "Kazik" Kwiatkowski jest bardzo znany w Wietnamie, ale w Polsce mało kto o nim cokolwiek wie, a szkoda. Naprawdę kawał dobrej roboty odwalił. Szacunek! 💪💪💪

Pod pomnikiem Kazika. Pomnik mieści się w sercu Starego Miasta na placu Kazika.


Stałym klientem być

Po jedzeniowym rozczarowaniu w Hue i kilku wpadkach z jedzeniem pierwszego dnia w Hoi An, jak trafiłyśmy na knajpkę z pysznym i tanim jedzeniem to jadłyśmy tam codziennie i kosztowałyśmy wszystkich potraw. Kelnerki zawsze z uśmiechem nas witały i autentycznie się cieszyły, że znów u nich jesteśmy. Przed ostatniego dnia dosiadł się do nas jakiś koleś, jakież było nasze zdziwienie jak przedstawił się jako szef kuchni. Powiedział, że kelnerki mówiły, że często tu jesteśmy i chciał z nami porozmawiać. Poopowiadał nam dlaczego jego dania smakują trochę inaczej niż na środkowy Wietnam przystało, jak zmodyfikował niektóre przepisy i nadał tym lekkości swoim daniom. A jak już zjadłyśmy dostałyśmy gratisowo, zrobione specjalnie dla nas, najpyszniejsze spring rollsy czyli poprostu sajgonki. 



Ze względu na to jedzenie, a przede wszystkim ludzi z knajpki ciężko nam było wyjeżdżać.

Na koniec pobytu w Wietnamie (czyli w przyszłym tygodniu) napiszę posta, w którym wymienię wszystkie polecane przez nas knajpki, kafejki itp :) A jak ktoś chce mieć namiary już teraz to zapraszam do kontaktu.

Stacje paliw


Uwierzycie lub nie, ale większość tutejszych stacji paliw wygląda jak na zdjęciu powyżej. I nikomu nie przeszkadza to, że paliwo jest na słońcu, no bo przecież kto by się tym przejmował xD

Poniżej jeszcze kilka fotek z Hoi An oraz zdjęcie mostu Smoka, który mieści się w Da Nang, gdzie byłyśmy przejazdem w drodze do Sajgonu. Most ma autentycznie kształt smoka, w nocy jest podświetlony na różne kolory, a w weekendy "zionie ogniem" ;)




niedziela, 16 lipca 2017

Azja 2017 - Wietnam - Hoi An



Zauroczenie

Hoi An - inaczej zwane jako miasto krawców. Jest ich tutaj naprawdę mnóstwo, co sklep to oferuje ubrania. Ale nie tym urzekło mnie to miasteczko.

Pierwsze co to małe żółte budyneczki, obrośnięte zielenią i kolorowymi kwiatami, a do tego pięknie wkomponowane duże i małe jedwabne lampiony, które już za dnia czynią to miejsce magicznym... ;)








A w nocy 😍😍😍

Podczas wieczornego spaceru nad rzeką można podziwiać pięknie oświetlone budynki, mnóstwo kolorowych lampionów, podświetlone rzeźby oraz małe pływające lampioniki puszczone na wodę. Magia, po poprostu magia i nawet nie przeszkadza to jak dużo jest tu ludzi. Idziesz i się cieszysz. A jeszcze do tego jak jesteś najedzona/y to już w ogóle, ale o tym za chwilę :D
















Skoro szyją...

No właśnie, skoro są tacy dobrzy, to Magda wymarzyła sobie coś co chce mieć uszyte na miarę, a ja mimo, że długo o tym myślałam to nic nie wymyśliłam xD ale złapała nas babeczka, która robi buty na wymiar. Pomyślałam hmmm nigdy nie miałam dobrze dopasowanych sandałków. I się zaczęło, mierzenie, zastanawianie jaki kolor, jaka góra, która podeszwa lepsza no i powstały, piękne mega wygodne skórzane sandałki. Ciekawe jak się sprawdzą na dłuższą metę, ale póki co jestem zachwycona 😀


A to Pani, która te sandałki zrobiła :)

Jedzonko 😊

Po poprzeczce jaką postawiło Hoi An myślałyśmy, że ciężko będzie odnaleźć się w sferze jedzenia, ale udało się. Już drugiego dnia udało nam się znaleźć pyszne Pho - zupę, której jak się okazało bardzo nam brakowało i o dziwo ciężko było znaleźć taką typową, pikantną (tak Krzysiek, też nigdy w życiu nie spodziewałam się, że to powiem czy napiszę - brakowało mi ostrości). Zaczęłam do wszystkiego dodawać chilli, nie tyle co Magda, ale zaczęłam i naprawdę mi tego brakowało.

Pierwszego dnia udało mi się spróbować jednego z tutejszych dań - białych różyczek. Jest to ciasto ryżowe uformowane na kształt małych różyczek z nadzieniem w środku podane z prażoną cebulką i oczywiście sosem doprawionym chilli 😀


Tak! Kolejna umiejętność. Jak widać na powyższym zdjęciu nauczyłam się jeść pałeczkami 💪

"Czy jest tu zimne piwo?" 

To uczucie kiedy siedzisz na targowisku i czekasz na świeży sok, bo na dworzi tak leje, że strach wyjść i nagle słyszysz za plecami "czy jest tu zimne piwo?" xD miło spotkać "swoich" w dalekim świecie. Pozdrawiam turystów z Wrocławia! 😉