Wyjazd rozpoczął się tym, że wyczytywali nas na lotnisku w Warszawie oO co prawda dopiero przy drugim czy trzecim nazwisku zorientowaliśmy się, że to o nas chodzi, ale strach był "o nie! jak to? spóźniliśmy się na samolot?!" ale okazało się że po prostu był podstawiony mniejszy samolot
i musieliśmy dostać nowe karty pokładowe ^^
Podczas tygodnia spędzonego w ciepełku, oprócz korzystania z tamtejszych dobrodziejstw klimatycznych czas spędzaliśmy także na dyskusjach i warsztatach związanych z zatrudnieniem
w naszych krajach.
Zakwaterowani byliśmy w hotelu w miasteczku Ayia Napa w południowo-wschodniej części Cypru.
Pierwszego dnia oczywiście pierwsze co zrobiliśmy to poszliśmy na plażę. Piękną, skalisto-piaszczystą z krystalicznie czystą, przejrzystą wodą. Chłopaki udawali, że pływają, a my niczym syreny wylegiwałyśmy się na skałkach i pozwalałyśmy falom, żeby delikatnie nas chłodziły ;)
Po drodze na plaże można było spotkać kaktusy, na których rosły owoce. Mniam mniam mniam :) Samodzielnie zebrane smakują jeszcze lepiej tylko trzeba uważać, żeby zbyt duża ilość kolców nie została wbita w rękę tudzież w język :D
Jedną z rzeczy, którą zrobiłam na Cyprze po raz pierwszy i już teraz wiem, że ostatni w życiu jest skok z klifu do wody. Długo się wahałam przed skokiem - trochę stresa miałam, ale pomyślałam, że to może być jedyna szansa żeby skoczyć no i skoczyłam. Na dole czekał na mnie Tomek - bo taka była umowa. Jak już byliśmy w wodzie to stwierdziliśmy że popłyniemy na drugą stronę zatoczki zobaczyć jaskinie do których dostęp był tylko z wody. Widoki przepiękne, szkoda że aparatu nie mieliśmy no ale ciężko by było z nim skakać xD
Jak już wracaliśmy i byliśmy mniej więcej w połowie drogi w naszą stronę zaczął płynąć wielki turystyczny statek z którego turyści mogli podziwiać skałki. Niestety chyba nie zauważyli, że tam płyniemy więc było tylko "Aga! odwrót! wracamy do jaskiń" no i ile sił popłynęliśmy z powrotem. Usiedliśmy na skałkach i czekaliśmy aż łaskawie odpłyną. Popłynęli. Spojrzeliśmy po sobie no
i decyzja: "ok teraz jak najszybciej płyniemy do wyjścia", no i tym razem się udało i wydostaliśmy się na brzeg.
Reszta wyjazdu nie wyglądała już tak kolorowo, bo po skoku okazało się, że coś wlazło mi w kręgosłup co skończyło się tym, że ledwo mogłam się ruszać i nawet sama wstać z łóżka nie mogłam. Dlatego też skok z klifu został schowany do szuflady "raz zrobione, ale bez żadnych powtórek" ;)
A tak wyglądaliśmy po powrocie :D
